Kategorie: Wszystkie | Alexander | Brudnopis | dwie kreski | gorące | silverman | wilczyca
RSS
sobota, 27 sierpnia 2011
Sztuka latania

Nadal nie umiem latać. To taka głupia bezradność, bo przecież powinnam umieć, przecież latanie jest proste, wystarczy odbić się lekko od podłoża, szybko ustawić ciało równolegle do niego, poruszyć stopami, unieść głowę, wyginając kręgosłup tak, aby wpuścić wiatr pod klatkę piersiową i już ślizgamy się na powietrzu. U mnie jednak wszystko kończy się na odbiciu. Widzę, że inni latają wokół mnie, wiem, jakie to łatwe i przyjemne, a jednak Ziemia łapie mnie w złudę przyciągania i nie potrafię uwolnić swojej głowy od tych kłamstw. Próbowałam już używać rąk, ale z punktu widzenia zabójczej logiki i nieużytecznej fizyki, mają one zbyt małą powierzchnię. Zmusiło mnie to do wymyślenia skrzydeł, ale że nie chciałam się dla nich pozbywać rąk (potrzebnych mi przecież w życiu), umieściłam je na plecach i wtedy się zaczęło - jakie powinny być? Ptasie, z piórami, czy błoniaste, nietoperzowe? Ptasie szybko odpadły, nie mam na tyle silnych mięśni grzbietu i klatki piersiowej, żeby nimi poruszać, w ogóle moje mięśnie nie potrafią wyobrazić sobie takiego działania, zupełnie nieprzystosowane, a skrzydła przecież musiałyby być olbrzymie, żeby mnie unieść! Postawiłam więc na te nietoperzowe, elastyczne, połączone z ramionami, za dłońmi wzmocnione stelażem z giętkich, ale mocnych kości. Udało mi się złapać trochę wiatru, skoczyłam do przodu, przyjęłam pozycję horyzontalną i poczułam, jak się unoszę. Wyczuwając delikatne ruchy powietrza, szybowałam. Rzucałam czarny, upiorny cień na łąkę, nad którą leciała, a moje serce śpiewało... Wtedy włączyła się głowa i ta część, która podpowiedziała, że delikatny szkielet, usztywniający moje skrzydła może wygiąć się w dugą stronę, jak zepsuty parasol i... właśnie tak się stało, a ja runęłam w dół, budząc się.

 

Niełatwo jest być aniołem. Ale jeszcze będę próbować. 

Grobowy nastrój - dla Kat

Czy wiecie, że zimą, podczas zachodu słońca brzęczkowicki cmentarz, kiedy popatrzy się na niego pod pewnym kontem, przywodzi na myśl tort? Oczywiście tylko z zewnątrz i wtedy, gdy spadnie dużo śniegu. Kamienny mur otulony jest wtedy, jak lukrem, a im bardziej wietrzna zima, tym szczelniejsza jest ta okrywa i cała ta biel odbija światło słońca pastelowym różem, ukazując inną jego, malowaną twarz. W tym torcie tkwi, jak pojedyncza świeczka krzyż kaplicy, przypominając nam o tym, że każde urodziny mogą być naszymi ostatnimi.

 

Z Kat odwiedzałyśmy cmentarz często. Gdyby określenie "cmentarne hieny" nie było już zarezerwowane dla przestępców, pewnie byśmy tak o sobie głośno mówiły. A tak - wolałyśmy mówić cicho.

 

Zaczęło nam się wcześnie. W podstawówce - kolega. To była chyba trzecia klasa. Podobno go rodzice zatłukli. A może tylko tłukli, a śmierć wynikła z choroby. Pogrzeb załatwiała mu nasza pani wychowawczyni u księdza, który bodajże dwa miesiące później, nad jej trumną wspominał to wydarzenie. Wtedy dowiedziałam się o istnieniu choroby nazywanej rakiem.

 

Kat poznałam w 1991 roku. Dwadzieścia lat? Tak długo? Kat, to niemożliwe, że jesteśmy już takie stare! Wtedy mama też przyniosła mi wiadomość o śmierci Joli. Została mi po niej spódniczka, którą mama Joli uszyła mi na ostatnie urodziny z kolegami z "Prusa". Jeszcze pięć lat temu na mnie pasowała.

 

Cmentarz to było magiczne miejsce, gdzie bywać nie wypadało, a mimo to ciągnęło tam nas wszystkich, bo to był punkt, który mijaliśmy w drodze do "Sadu", "Na Łąki", "Na Kontrol", do "BEKI", czyli wszędzie tam, gdzie się lubiliśmy szlajać. Śmierć fascynuje młodość, wydaje się taka odległa, chociaż codziennie przecież gdzieś nas muska tą swoją żyletą, czy kosą. Przy ogródkach działkowych pochowaliśmy szczura i jakiegoś ptaka, nawet grobowce im porobiliśmy, nazywając to miejsce Doliną Śmierci i układając pieśni o tym.

Następny był Bartosz. Miał wtedy chyba siedem lat, ja go słabo pamiętam, to raczej znajomy Kat, pamięta go też moja mama. Z wypadku uszli z życiem jego rodzice i starszy brat. To przy jego grobie były dwie ławeczki, na których przesiadywałyśmy wieczorami.

 

...Żeby wszystkie mogiły w "dziecięcej" części cmentarza nie czuły się samotnie. Wtedy uważałam, że na cmentarzu jest sympatycznie i dobrze się tam gada. Nasze znicze nie były symbolem, który zaznacza jednorazowy pobyt, chciałyśmy wynagrodzić dzieciakom to, że rodzice ich nie odwiedzają.

 

W międzyczasie pod kołami pociągu zginął Łukasz z równoległej klasy. To na pewno było później, niż śmierć Freddy'ego Mercury'ego, ale chyba przed śmiercią Kurta Cobaina. Moja koleżanka była eks-dziewczyną Łukasz i fanką Nirvany. Nieudany rok miała. Chłopcy mieli taką zabawę, że rzucali kamienie na tory, a gdy pociąg zwalniał, wskakiwali na bufory. Łukaszowi się nie udało, a ona w dzień, gdy dotarła ta wiadomość, poszła wcześniej do domu.

 

Kilka lat przerwy, a potem mój dziadek. Akurat uznałam, że dawno go nie widziałam, a gdy przyjechaliśmy, okazało się, że już więcej nie zobaczę. Pamiętam, jak walczył o każdy kolejny oddech, swoimi-nieswoimi, bo rakowymi płucami. Najbardziej ironiczne było to, że sześć dni później był atak na WTC i wcale mnie to nie poruszyło, bo ja wtedy byłam pod wrażeniem faktu utraty dzieciństwa. Taka prosta kreska je urwała, wdech, a potem nic.

 

Na cmentarzu Kat wysłuchiwała o mojej mrocznej fascynacji Majatem, pewnie szczęśliwa, że już nie kocham się w jej bracie. Ale wraz z nastaniem epoki seksualności w moim życiu, odkrytej podczas poznania Logana, cmentarz zniknął z mojego życia. Uznałam, że Logan uzna mnie za zbyt dziwną, żeby mnie przelecieć.

 

A taka scena? Siedzieliśmy w forgonie z ciotką, jej przyjaciółką i ich rodzinami i Aja zaczęła opowiadać o tym, że czytała o kierowcy autobusu, który popełnił samobójstwo, kładąc się pod autobus. Jakie głupie pytania wtedy padały! "Zapomniał wsiąść?" "Praca go zabiła?" "Sam się nim przejechał?"... Stanęły mi wszystkie w gardle, gdy następnego dnia spotkałam się z kumpelą i ta powiedziała mi, kto to był. Wyciągnęła mnie potem na pogrzeb i coś, co najbardziej zapadło mi w pamięć, to histeryczny płacz jego córki.

 

Mati nie wytrzymał presji. Podobno stracił pracę, dziewczyna zaszła w ciążę... Za panną Kornelią chciałoby się powiedzieć "Czegóż się spodziewać po mężczyźnie?". Myślałam o tym, jaki to ból, gdy umiera kolega z podwórka, z którym przecież, całą "bandą" tyle razy mijało się ten cmentarz...

 

Wtedy przez nasze miasto przelała się fala samobójstw. W przeciągu pół roku naliczyłyśmy ich ponad dziesięć. Śmierci miałam dość i ze strachem patrzyłam na coraz starsze i słabsze babcie. Znowu mogłam chodzić na cmentarz, bo wiedziałam już, że Logan kocha mnie i wcale nie uważa mnie za dziwadło. A nawet, jeśli, to te dziwadło mu całkiem odpowiada.

 

Marzyłam o jednym widoku: żeby obudzić się koło niego i patrzeć, jak na jego kudłatej piersi śpi noworodek. Miałam obsesję na tym punkcie, a on nadal nie czuł się gotowy.

 

Z marzeń zwierzałam się Kat. Wchodziłyśmy na cmentarz ze śmiechem, twierdząc (znowu Lucy Maud Montgomery), że dobrzy ludzie lubią śmiech, tak za życia, jak i po śmierci, a złymi nie będziemy się przejmować. Zamykałyśmy za sobą bramę: "Bo do domu byle kogo się nie wpuszcza!" Makabryczne, prawda? A wcześniej chodziłyśmy do Rabatu(czy Megrezu, to był jedyny sklep samoobsługowy na osiedlu), kupowałyśmy coś słodkiego, coś słonego i coś do picia i... Nie, nie rozkładałyśmy serwetki na nagrobku, ale nie przeszkadzało nam spożywać to wszystko w towarzystwie zmarłych.

 

Kiedy Logan dojrzał? Chyba wtedy, gdy Olaf przez moją skórę zasadził mu kopniaka w twarz. A kiedy przyszedł lekarz i powiedział: "Przykro nam...", był już gotowy na wszystko. Tylko nie na takie słowa.

 

Skończyły się pikniki na cmentarzu. Nie pytam, komu, tam na górze, szkodziło to, że się dobrze bawiłam wśród grobów. Teraz boję się na nie patrzeć. Ryczę nad każdą tragedią, zwłaszcza tą, gdzie data śmierci pokrywa się z datą urodzin i nie ukrywam, że użalam się głównie nad sobą. Wiem, to był zbieg okoliczności. Okrutny, nieprawdaż?

 

Kat jest nadal. I pewnie kiedyś, gdy już będę gotowa, wyciągnie mnie na pogaduchy u Bartka... 

21:03, story-girl , Brudnopis
Link Komentarze (1) »
środa, 04 maja 2011
170, 10.03, niedziela

Anton niespodziewanie wpadł do Cozy:
- Hej, nie cieszysz się? - spytał, stojąc na progu, bo jej mina wyrażała wiele uczuć, z których radość była najmniej widoczna. Coza westchnęła:
- Cieszę się. Tylko jest niedziela, mam bałagan i niezręcznie mi cię zapraszać do środka.

Mężczyzna podał jej dłoń:
- A, to ja cię zabiorę na przejażdżkę! Mam bałagan w samochodzie, więc poczujesz się swojsko i może potem mnie zaprosisz do domu.

Z kuchni wyszła Jo:
- Mamo, pomożesz mi z... - niestety, nie zwykła prosić o pomoc w adaniach domowych, dlatego urwała, bo nie miała pojęcia, co mogłoby jej sprawić taką trudność, żeby sięgała po radę Cozy. Matka nie słuchała jednak. Jej dłoń utkwiła w dłoni Antona. Mężczyzna rzekła do Jo:
-S poko, zaraz wrócimy, a potem ja ci pomogę. Dobrze?

Jo pokiwała głową i zastanowiła się, na ile widać z jej uczuć na twarzy:
- Wróćcie szybko. Źle się czuję i wolałabym, żeby mama była w domu.

Coza spojrzała na nią z prawie przerażeniem:
- Czy coś...? Jak chcesz, to zostaniemy.

Jo opamiętała się. Po pierwsze nie chciała martwić Cozy, a poza tym wpuszczenie Antona do domu było jeszcze groźniejsze, nie wiadomo było, jak długo zostanie i czym to się skończy: "Zresztą, Ma jest w ciąży i nie ma ochoty na facetów. Nie mogę jej trzymać na smyczy!" Uśmiechnęła się do Coz ciepło:
- Mad jest w domu. Po prostu mi troszkę niedobrze. - Wypadło to w miarę przekonująco. Coza westchnęła:
-Najlepiej się połóż. Ja naprawdę zaraz wrócę. Tak, Tony?

Mężczyzna kiwnął głową:
- Jasne.

Wyszli, puszczając swoje ręce, jakby nagle zorientowali się, jak nieodpowiednio to może wyglądać. Coza nawet wytarła dyskretnie rękę w brzeg spódnicy.

Kiedy byli w aucie, Tony spytał:
- Czy nie wydaje ci się, że jesteś nadopiekuńcza?

Coza szepnęła:
- Nie wyobrażasz sobie nawet, ile mam powodów, żeby się o nią martwić.
- Nie sądzę, żeby była aż tak delikatna! Jest na coś chora?

Coza pokręciła głową. Nie zgodziła się na ten wyjazd po to, żeby słuchać porad wychowawczych od faceta, który sam właściwie był dużym, rozpieszczonym dzieckiem. Uśmiechnęła się do niego:
- Gdzie mnie porywasz?

Posmutniał nagle jakby, aż ją to zdziwiło:
- Chciałem po prostu pojeździć. Rozładować energię, która się we mnie zbiera, kiedy nie ma tu Lee. Siedzę cały czas sam, żeby nie prowokować sytuacji, za efekty których musiałbym się potem wstydzić...

Spytała:
- To po co ci ja do tego?
- Choćby po to, żeby miał mi kto przypominać o nieprzekraczaniu niedozwolonej prędkości! - Coza spojrzała na niego:
- A co, jeśli ja lubię niebezpieczną jazdę...? - "I sytuacje", chciała dodać, ale w związku z jego poprzednią wypowiedzią, wolała nie prowokować. Wskazał ruchem głowy na jej brzuch:
- Z tym? Nie żartuj sobie! Widzę, jak traktujesz dzieci... Jakby były jakimś cudem...

Coza przerwała mu:
- Tak bardzo widać, że jestem...?

Uśmiechnął się:
- Ogólnie nie, ale wiecznie łapą głaszczesz brzuch i jesteś taka ostrożna. Wiesz, mam wrażenie, ze ciąża dla ciebie to jest takie... Spełnienie? Cel w życiu?

Kobieta spojrzała na drogę przed nimi:
- Bo tak jest. Kiedy zachodzę w ciążę, to wszystko przestaje być ważne, staję się jednym, wielkim inkubatorem. I, mimo tego, że udało mi się coś w życiu osiągnąć i przeżyć więcej, niż potencjalna kura domowa, to jednak przede wszystkim chcę być kobietą. Z wszystkimi plusami i minusami tego faktu.

Anton westchnął:
- Martwię się o Lee. Ona chyba boi się macierzyństwa. A ja bym już chciał mieć dzieciaka. -

Spytała:
- A rozmawiałeś z nią o tym? Bo mi się wydaje, że jesteś w błędzie.

Pokręcił głową:
- Nie. Tu mnie masz. My w ogóle jeszcze... No, wiesz...

Uniosła brwi ze zdumieniem:
- Mieszkacie razem od tak dawna i... No, proszę.

W jego głosie było trochę dumy, gdy mówił:
- Taki nasz kaprys. Kaprys? Nie, to jej decyzja. Właśnie to w niej podziwiam, że potrafiła mnie utrzymać przy sobie bez użycia ciała. Po prostu wiem, że tylko z nią chcę być. No i tylko dla niej wytrzymuję ten celibat. Wiesz, swego czasu sporo się naszalałem, a ona, chyba z czystej przekory, powiedziała, że mi ufa. I to jest takie mobilizujące.

Coza pokiwała głową:
- Ja też jestem pod wrażeniem. Najwyraźniej Lee jest nie tylko piękna zewnątrznie, ale wewnątrz też. Masz rację, jest wyjątkowa... - Nie wiedziała, gdzie są. Chciało jej się spać, maleństwa najwyraźniej odpoczywały, od czasu do czasu czuła ich delikatne ruchy. Jedna rzecz nie dawała jej spokoju: nie potrafiła, patrząc na Antona, nie myśleć o tym, że warto by wykorzystać tę okazję. Znowu zaczęła "to" czuć. Z jednej strony wiedziała, że to prawdopodobnie tylko jedno z zawirowań hormonalnych w ciąży, a z drugiej...: "Co mi szkodzi tak myśleć? Co mi szkodzi spróbować?"

Jakby słysząc jej myśli, Anton zahamował. Byli w lesie, na dzikiej drodze. Rozerwał folię z paczki papierosów i wyrzucił ją przez uchylone okno. Coza musiała zwrócić mu uwagę:
- Nie śmieć!

Odparł, wkładając papierosa do ust:
- Spadaj. To jest ekofolia. Rozłoży się szybciej, niż...

Wyszła z auta i przeszła na drugą stronę. Podniosła folię, po czym wróciła do środka i wcisnęła ją do popielniczki. Wyjęła papierosa z ust Antona, bo jeszcze nie zdążył zapalić:
- Nie pal! - i wyrzuciła go przez okno. Miała wyraz twarzy tak sugestywny, że nie mógł nie zareagować. Otworzył drzwi i wyszedł, ale zamiast podnieść papierosa, otworzył drzwi od strony pasażera:
- Chodź.

Posłusznie wyszła, uśmiechając się niepewnie: "Oj, teraz mi się oberwie..." Błysnęło:
- Pierwsza wiosenna burza...

Usiedli na masce samochodu. Niebo się chmurzyło, po wyjątkowo ciepłym, jak na początek marca dniu, przychodziła deszczowa noc. Anton patrzył w niebo:
- Niepokojąco...

Znowu chciał zapalić, ale wzrok Cozy sprawiał, że trzęsły mu się ręce. Wreszcie dał za wygraną, wzdychając:
- Zresztą, nie powinienem przy tobie. - Coza skuliła ramiona. Dziwnie się czuła, więc wróciła do auta, mówiąc, że jest jej zimno. Poszedł z nią. Usiadł i przełożył rękę za jej plecami:
- Czego się boisz? Hej, ja cię tu wyciągnąłem, żeby pogadać, a ty robisz minę, jak nieśmiała dziewica, której chodzą po głowie nieczyste myśli...

Wzruszyła ramionami, dziwiąc się, jak bardzo może parzyć czyjś dotyk. Położył dłoń na jej brzuchu i spytał:
- Mogę...?

Roześmiała się nerwowo:
- Najpierw działasz, potem pytasz o pozwolenie? Ile razy w życiu dostałeś po twarzy od kobiet?

Uśmiechnął się:
- Nie zacząłem działać. Chcesz wiedzieć, co chcę zrobić? - Jego uśmiech powodował, że miała ochotę krzyczeć: "Tak! Tak! TaK! Cokolwiek sobie nie wymyśliłeś!"
- Spróbuj. Nie wiem, co kombinujesz, ale skoro Lee ci ufa...

Na chwilę wyraz jego twarzy się zmienił, jakby się zawahał. Wreszcie uniósł dół jej sukienki. Zagryzła wargi, ale on tylko przytulił policzek do jej brzucha. Szepnął:
- Czemu nie oddychasz?

Roześmiała się:
- Bo mnie wystraszyłeś!

Spytała cicho:
- Czemu nie chciałeś rozmawiać u mnie w domu?

Anton podniósł głowę i odwrócił wzrok:
- Boję się Jo. Naprawdę, no nie patrz tak na mnie, widzę cię w odbiciu, hehe... Ona jest dziwna. Jest jedną, wielką, totalnie zgryźliwą krytyką!

Coza roześmiała się, jednocześnie z ulgą, jak i żalem na takie rozsądne wytłumaczenie:
- Więc, to tylko o to chodziło? Muszę to powiedzieć Joaśce, spodoba jej się.

Popatrzył na niąi skrzywił się:
- Musisz? - Nagle znowu się schylił i zaczął całować jej brzuch. Zacisnęła rękę na jego barku, ale nie odważyła się odezwać, nawet kiedy zsunął jej pas prawie na uda. Podniósł się i położył głowę na jej ramieniu. Wsunęła dłoń w jego włosy i zastanawiała się, czy bardzo głośno słychać bicie jej serca. Szepnęła:
- Otwórz dach, bo atmosfera się zagęszcza...

Wykonał jej polecenie, po czym rzekł, również szeptem:
- Wiesz, o czym myślę?

Pokręciła głową. Dokończył tonem, kóry miała nadzieję usłyszeć, już nie żartobliwym, ale niskim, gorącym:
- Że, jak tylko Lee wyjechała, o zacząłem myśleć o tobie. I... Coz, co ja mam teraz zrobić? Z jednej strony mógłbym zrobić z tobą cokolwiek, nawet bez twojej zgody, aczkolwiek hamuje mnie fakt, że jesteś w ciąży i mógłbym skrzywdzić nie dość, że ciebie, to jeszcze dziecko. Ale podejrzewam, że raczej... No, Coz... Co ty na to?

Spojrzała na niego, ich twarze znajdowały się w odległości kilku centymetrów od siebie. Odparła cicho:
- Wiesz, co o tym myślę. Lee też wie. Jeśli teraz cokolwiek zrobimy, ona o tym będzie wiedzieć. Nie, nic jej nie powiem, ale to będzie widać po mnie. I wiem, że jej nie stracisz. Nie pogrzebie tych lat razem dla tego, co będzie czuć w tej jednej chwili, gdy zrozumie... 

Nie pozwolił jej skończyć, ta przydługa przemowa trafiała do jego serca, a tą część ciała wolał w tej chwili pomijać. Zaczął ją całować tak zachłannie, że brakowało jej tchu. Wszystko działo się tak szybko, że nie mogła stawić żadnego oporu. W życiu żaden facet jej tak szybko nie rozebrał, aż zaśmiała się cicho, prosto w jego usta. Ściągnęła z niego kurtkę i koszulkę, on zamknął dach, szepcząc:
- Przeziębisz się, maleńka.

Chwyciła zębami jego szyję. Przycisnął ją mocniej do siebie. Chciał coś powiedzieć, ale wróciła do jego ust. Miała wrażenie, że robi to wszystko w jakiejś rozpaczliwej radości i satysfakcji: "A jednak jeszcze, pomimo czterdziestki i ciąży, jestem atrakcyjna... Nawet dla młodszych!" Czuła, jak jego ręcę przesuwają się z jej pleców na pośladki i sama siebie zaskoczyła tym, że nie potrafi wypędzić spod przymkniętych powiek obrazu Igora. Wreszcie oworzyła szeroko oczy, aż Anton szepnął:
- Wystraszyłaś się?

Pokręciła głową i mocniej zacisnęła uda na jego biodrach. Na chwilę zwolniła uścisk, by ściągnąć z niego spodnie. Uśmiechał się, całując jej szyję.

Już prawie w nią wchodził, kiedy usłyszał, jak szepcze:
- Tak, Igor... - I nagle poczuł delikatne stuknięcie w brzuch. Coza zamarła i prawie bezgłośnie szepnęła:
-Przepraszam, ja...

Zobaczył, że jest o krok od płaczu. Posadził ją obok siebie i okrył kurtką. Uśmiechnął się, starając się uspokoić:
- Hej, maleńka, nie bój się!

Zaśmiała się przez łzy:
- Ja się nie boję, tylko mi tak cholernie głupio i wstyd, bo...

Zaśmiał się:
- Oj, Cozo, przesadzasz! Czemu ci wstyd? W końcu, jesteś w ciąży, obudziliśmy małego, to się zbuntował!

Westchneła:
- Ale mi jest głupio, że nadal, chociaż myslałam, że mi przeszło, to kiedy dochodzi do takiej sytuacji, to tylko jednego faceta mam w głowie! Nie umiem sobie poukładać życia bez niego. Nawet nie umiem doprowadzić do końca stusunku! W życiu nie miałam okazji kochać się z tak świenie zbudowanym facetem, a jednak...

Anton powoli wciągał na siebie spodnie:
- Nie musisz się tłumaczyć. Owszem, jest to pewna szpila w moje męskie ego, ale generalnie nie mam kompleksów. Może tak nawet lepiej. Nie muszę u ciebie szukać potwierdzenia właśnej atrakcyjności. Są jeszcze inne i wcale nie muszę ich wyciągać do lasu, żeby...

Coza założyła sukienkę. Westchnęła cicho, ale coraz bardziej chciało jej się śmiać. Kiedy mężczyzna siedział już prawie ubrany, przed oddaniem mu kurtki, musnęła ustami jego ramię:
- Może kiedyś, jeszcze... To dziwne. Znowu mam wrażenie, że powinniśmy spróbować, ale już nie zaryzykuję, dopóki nie będę pewna, że to z tęsknoty za Igorem.

 Pocałował jej usta:
- Zawsze będziesz za nim tęsknić. A ja zawsze będę myśleć o seksie z tobą, właśnie dlatego, że dałaś mi tylko przedsmak. Jeszcze nigdy żadna baba mnie tak nie załatwiła. Kiedyś napisze o tym piosenkę. I Lee będzie wiedziała, o czym jest. I zrozumie. I ty, jak to usłyszysz, to... Mam nadzieję, że będziesz ze mnie dumna.

Uśmiechali się każde do siebie, wracając.

Coza weszła do domu. Joasia spała na kanapie w pokoju. Nuka zwinęła się na jej nogach, co było dziwne, bo rzadko chciało się jej wchodzić na łóżka, czy fotele. Coza usiadła koło córki:
- Jo, czemu nie jesteś u siebie?

Joasia podniosła powieki. Wyglądała blado i jakby po płaczu. Coza zmartwiła się:
- Co się stało? Trzeba było do mnie zadzwonić, jeśli coś jest nie tak!

Joasia oparła twarz na jej ramieniu:
- Ma, pachniesz nim. Czy wy...?

Coza pokręciła głową:
- Nie, skarbie, spędziłam wieczór w jego aucie, więc nie dziwne, że nim pachnę... To wszystko nie jest takie proste. Ja nadal myślę o Igorze i, nawet całując Antona...

Jo podniosła głowę:
- Więc jednak?

Kobieta weschnęła:
- Tylko tyle. On kocha Lee, ja Igora. I nie ma szansy na nic więcej. Ja już się chyba pod tym względem wypaliłam. Nie umiem tak bez głębszych uczuć... Zresztą, nigdy nie miałam takiego charakteru. Potrzebowałam przynajmniej pozorów wzajemnej miłości.

Dziewczyna objęła kolana ramionami:
- To jak to jest? Co z Jonem?

Coza odparła:
- Nie wiem. Widzisz, czasem jest tak, że w człowieku zapala się coś do drugiego człowieka, że wydaje się, że co, jak co, ale seks z tym człowiekiem to zawsze będzie najlepszym, co możesz dostać, choćbyście się totalnie nie umieli dogadać. Ale między mną i Jonem to się wypaliło. Moglibyśmy być razem, jeśli zadowoliłby się przyjaźnią, a on teraz tej przyjaźni nie chce, kiedy jest mi najbardziej potrzebna.

Jo kiwnęła głową. Powoli uspokajała się, ogarniała ją wracająca senność. Kiedy poddała się jej całkowicie, Cozie nie pozostało nic innego, jak tylko przynieść jej koce i iść do swojej sypialni. Zaskoczył ją widok Jona, ale i trochę rozzłościł: "Cholera, wrócił dziś! Właściwie wciąż go nie ma. Czy on sądzi, że zatęsknię? Naiwny! Z jednej strony wie, że jest mi potrzebny na miejscu, a zdrugiej wkurza mnie, kiedy muszę się przyzwyczajać na nowo do jego obecności w łóżku!" Mimo tych myśli cieszyła się, że akurat tej nocy nie będzie sama. Z ulgą poczuła, jak obejmuje ją przez sen, kiedy tylko weszła pod kołdrę.

163, 3.03, niedziela

Rano Jo była zaskoczona tym, że kiedy się obudziła Anki nie było ani w jej pokoju, ani w salonie, gdzie spały Kat, Mad i Coza, ani w kuchni, ani nawet w toalecie, choć ten ostatni fakt napełnił ją raczej ulga, niż zdziwieniem: "Mam nadzieję, że nie miała takiego strasznego zgonu..." Wiedziała, że przyjaciółka lubi sobie wypić, często chodziła na imprezy ze starszymi kolegami. Nawet wyciągała na nie Joasię, ale ta akurat nie była chętna.

Victoria obudziła się, kiedy tylko Jo wróciła do pokoju:
- Hej, mam nadzieję, że to, co mi mówiłaś wczoraj, to nie był sen!

Jo roześmiała się:
- Szkoda, że jesteś za młoda, żeby być matką chrzestną.

Vicky prychnęła:
- Nie moja wina, że tobie się spieszyło! Nie mogłaś poczekać ze dwa lata?
- Jakoś tak się zdarzyło. Chrzestną chyba będzie Lee.

Vicky zainteresowała się:
- Kto to jest Lee?

Joasia zamyśliła się:
- Lee jest basistką zespołu, gdzie gra teraz Ma. Jest Irlandką, za dwa tygodnie bierze ślub z najprzystojniejszym facetem, jakiego znam, jest... To taki anioł w rozsądnej wersji. Jest mądra, opanowana i kochana. Dużo rozumie. Ona w środku ma chyba jeszcze szesnaście lat, chociaż na zewnątrz ma dwadzieścia pięć. I jest w ogóle... Piękna taka, a Anton to jednocześnie największy babiarz, jakiego znam. A pamiętaj, że wychowałam się pod opieką twojego wujka, więc wiem, o czym mówię!

Victoria nie do końca wiedziała, jak to zrozumieć. Swoim racjonalnym rozumem pojmowała wiele konkretów, o wiele więcej, niż wiekszośc dorosłych kobiet, ale kiedy Jo zaczynała mówić takim językiem, czuła się niepewnie. Nie była zazdrosna, dopiero się docierały po tylu latach niewidzenia, uczyły się siebie na nowo, z pełną świadomością, że są już przyjaciółkami. Co nie znaczyło, że zawsze się rozumiały.

162, 2.03, sobota

Coz przygotowała "tonę" frytek, bo nie zamierzały tego wieczoru przejmować się zasadami zdrowego żywienia i kaloriami, zgodnie z teorią, mówiącą, że im więcej cholersterolu człowiek spożywa, tym jest weselszy... przynajmniej do czasu, ale to im wystarczało. Mad upiekła wspólne z Jo trzy różne torty ("dla każdego coś dobrego"), Anka i Victoria przygotowały sałatki, a Kat ugotowała gulasz, na który przepis dostała od jakiegoś Węgra, którego prowadziła przez ciężką, kamienistą drogę nauki języka polskiego. Stół przed kominkiem, zgodnie ze staropolską tradycją (a także tradycją "babskich spotkań" Kat i Coz) uginał się od jedzenia. Jo włożyła do odtwarzacza płytkę z jakąś starą muzyką. Juz po chwili, jak na dany sygnał, grupa zadbanych, eleganckich kobiet zamieniła się w stado sępów. Jo śmiała się:
-Myśmy cały dzień nie jadły, żeby lepiej docenić! - Kat omal się nie udławiła:
-My też! Prawie jak w Wigilię! - Anka parsknęła:
-Jak mi Jo powiedziała, jak wyglądają te kobiece zwyczaje, to też wolałam pościć! - Coz rzuciła w jej kierunki frytkę:
-Najmłodsza pełnoletnia polewa! - Jo nawet nie pchała się do picia wina, wychodząc z założenia, że potem, po ukończeniu będzie jej bardziej smakowało, jeśli do tego czasu zachowa abstynencję. Uśmiechała się, widząc, jak Anka, która kilka tygodni temu obchodziła swoją "osiemnastkę", otwiera butelkę z wprawą, jakiej na pewno nie nabyła w tak krótkim czasie. Jednocześnie czuła się dumna z tego, że tak łatwo przychodzi jej wytrzymywanie w postanowieniu niepicia.

Pierwsze wino wypiły wprost z butelki. Obce im były obawy o zarazki, bakterie i wirusy. Coz stwierdziła:
-Ja i Kat jesteśmy z pokolenia, które sobie nawzajem wyrywało lizaki z ust. I żyjemy! Osiągnęłyśmy dostojny wiek i status społeczny, co znaczy, że nie złapałyśmy nic, co nas mogłoby zabić lub ogłupić. - Mad westchnęła:
-Teraz są inne czasy. Jeden człowiek boi się dotknąć drugiego, całuje się tylko najbliższych, nawet dzieci trzeba by przez chusteczkę... gdyby się nie obawiało posądzenia o pedofilię... Zamierzam jednak się temu sprzeciwić. Pierwsze dziecko, jakie mi wpadnie w ręce, wycałuję od głowki, po stópki, choćby jego matka miała mnie zatłuc! Dzieci są cudowne... - Kat spytała:
-To czemu nie weźmiesz się za robotę? - Mad posmutniała:
-Boję się trochę. Widzicie, rok temu straciłam ciążę i teraz boję się. Bardzo. - Coz objęła ją:
-Strach ma wielkie oczy, ale ty masz większe i ładniejsze. Jakieś dziesięć lat temu ja też straciłam, nawet nie wiedziałam wtedy, że jestem...- Jo krzykneła:
-Pamiętam! Jon biegał po domu, nerwowy, nigdy go takim nie widziałam. Nic mnie pocieszał, Edi omal go nie pobił... - Coz pogłaskała ją po głowie:
-A ty spaliłaś swoją ulubioną lalkę, żebym ja żyła. Ja wiem, Mad, że tobie jest ciężej, bo nie działa na ciebie siła wyższa, ja musiałam się szybko pozbierać, dla dzieci, ale... - Spojrzała po twarzach zebranych:
-Miałam to powiedzieć dopiero o północy, kiedy będziecie nawalone jak dzikie świnie, bądź już rzygające, a tylko ja, Jo i Victa trzeźwe i czujne, ale co mi tam. Jestem w ciąży! - Wybuch radości i zaskoczenia przerósł jej oczekiwania. Dzieciaki w jej brzuchu wykonały jakieś skomplikowane akrobacje, aż zrobiło jej się niedobrze. Kat pierwsza wydała z siebie zapisywalny dźwięk:
-Ty stara wariatko! Kiedy? Jak? - Coz zaśmiała się:
-"Jak?", pyta matka czworga? Naturalnie, moja droga. Takie pytania mogłaby zadawać pięć lat temu twoja córka! Kiedy? Na wyspie. Innej opcji nie ma, chyba, że Jon mnie przygwoździł, jak spałam, co jest mało prawdopodobne, mimo iż schudł oczywiście...
-Żyjąc z tobą? - zadrwiła Kat. Coz szturchnęła ją:
-Schudł, szukając mnie i dba o figurę, ale nadal mam wrażenie, że nie mógłby niepostrzeżenie się na mnie położyć. Kiedy będę rodzić? Czerwiec. Nie wierzę w terminy wyznaczane przez lekarzy. Moje dzieci rodzą się, kiedy chcą... - Kat poklepała ją po ramieniu:
-Od teraz nie pijesz! - Coz ciężko westchnęła:
-Nie dacie się dziecku zabawić! - Na razie wolała jeszcze nie mówić innym, że to nie będzie jedno dziecko.

Mad głaskała dłonią jej brzuch:
-Który to tydzień? - Coz odparła:
-Dwudziesty pierwszy albo dwudziesty drugi. Nie pamiętam dokładnie. Anka usiadła bliżej nich:
-To takie dziecko z miłości... Romantycznie. - Coz przeciągnęła się:
-Nawet nie wiecie, jak się z tego cieszę. Bałam się chwilami, że to sobie wszystko wymyśliłam, że wcale nie można tak kogoś pragnąć i go nie przerazić, albo że na starość wariuję. Tylko błagam: zachowajcie to dla siebie. Jon nie może się dowiedzieć. Już i tak domyśla się, że odstawiłam leki. - Kat spytała:
-No, właśnie: co z Jonem? Każesz mu wychowywać cudze dziecko? Ja wiem, on na to pójdzie. Dla swojej królewny zrobi wszystko, ale... - Mad chwyciła Coz za rękę:
-Powinnaś przed nim postawić sprawę jasno. Boisz się, że cię zostawi? - Coz pokręciła głową:
-Nie. On używa mojej szczerości przeciwko mnie. Powie "OK, mała, wyniosę się, ale będę się tobą opiekował." I wyczuje chwilę załamania, wróci, potem znowu się odsunie... Tak przynajmniej będziemy pod jednym dachem stale, dzieci będą wiedzieć, na czym stoją. Jon i tak chciałby mieć dziecko. - Mad spojrzała jej w oczy:
-Boisz się jego, czy o niego? Jakby chciał, to chyba by sobie sam zrobił! - Coz zawahała się, a potem rozłożyła bezradnie ręce:
-Nie wiem. Lubię go, kiedy siedzimy sobie razem przy kominku, czasem nawet przytuleni, ale gdy jesteśmy w sypialni i on czasem wiem, że nie ma ochoty na seks, tylko chce sprawdzić, czy akurat ja wyjątkowo nie jestem chętna, to to jest obrzydliwe. On wie, że łatwo mną zawładnąć przez ciało. - Kat zaśmiała się:
-To widać! Zwłaszcza, kiedy zaczynasz mówić o Igorze! Naprawdę był taki dobry? Aż chciałabym go poznać! - Mad zawtórowała jej:
-Można by sprawdzić, czy ma bardzo... ekhm... podzielną uwagę! - Nie zwróciły uwagi na to, że Coz długo przygotowywała się do śmiechu. Mad i Kat były kochane i dobre, i na pewno ostatnie, co by im przyszło do głowy, to wypróbowywanie cudzych facetów, ale i tak ich słowa wywołały w Coz falę piekącej zazdrości. Kiedy pomyślała o tym, że właśnie w tej chwili on może leży w łóżku z jakąś inną kobietą, albo, co gorsza, nie leży, tylko "działa" ("Właściwie, czemu nie? Z tobą poszło mu łatwo, pewnie z tamtą zastosowałby podobną metodę..."), to ze zdenerwowania zabolał ją brzuch. Dzieci jednocześnie zrobiły serię energicznych wymachów kończynami i przez chwilę zastanawiała się, czy nie nosi w łonie ośmiornicy. Albo kilku. "Z tym, że ośmiornica ma macki, mięciutkie, elastyczne macki, a nie twarde, kostniejące rączki i nóżki..." Pogłaskała brzuch z czułością: "To już połowa. Teraz będzie wam ciaśniej i przytulniej, moje maleństwa." Przymknęła oczy i pomyślała o Danielu, Joasi i Bartku. Kiedy byli mali, nocami stała nad nimi i wyła czasem wewnętrznie ze strachu, że coś im się może stać. Teraz dorośli, stali się samodzielni i to "kwokowate" uczucie osłabło. Jo położyła głowę na jej ramieniu:
-Idę spać. - Vicka ziewnęła:
-Ja też. A ty, Ann? - Anka wzruszyła ramionami:
-Jeszcze mi się nie chce. Posiedzę. - zupełnie nie zrozumiała aluzji. Joasia, idąc do góry, złościła się. Miała nadzieję, że w trójkę skoczą do kuchni, podkradną trochę słodyczy i spędzą godzinę lub dwie na wspólnych, nastolatkowych, chichotach. Ale skoro Ann zależało na byciu dorosłą...

-Vic... - po długiej chwili milczenia, gdy kończyły przeżuwać batoniki karmelowe, odezwała się nieśmiało. Victoria spytała sennie i niewyraźnie, od słodkiej mazi wypełniającej jej usta:
-Css...st? - Jo szepnęła:
-Ja też mam tajemnicę. Tylko nie mów nikomu, bo jedynie moja mama wie o tym. Ja też jestem w ciąży! - Vicky zakrztusiła się:
-Zwariowałaś? Kiedy? - Joasia zaśmiała się:
-Jaka ty jesteś podobna do swojej mamy! Półtora miesiąca temu spotkałam się z chłopakiem, którego poznałam na wyspie. No i tak jakoś... Wiesz, ja byłam w nim strasznie zakochana, tylko że po tym spotkaniu ktoś mi ukradł telefon i nie mam z nim kontaktu. On nawet nie wie, że będzie ojcem. - Vicka westchnęła:
-A ty do swojej! Przystojny był, co? - Jo pokręsiła głową i oparła ją na ramieniu Vicky:
-Właśnie nie. Był chudy, wysoki, taki... Hehehe, typ intelektualisty. I jednocześnie spodobało mi się, jak mówił, kiedy ze mną rozmawiał, kiedy na mnie patrzył. Był taki delikatny i wrażliwy. - Victoria przytuliła się do niej:
-To wam się rodzina powiększy. Kiedy ty? - Joasia odparła cicho:
-W październiku. Ale śpijmy już. Ja naprawdę jestem śpiąca. I zła na Ann. Nie chcę, żeby przyszła tu pijana, zanim zaśniemy.

Na dole brzuch Coz był nadal w centrum uwagi. Kat stwierdziła:
-Rzeczywiście, gruba mi się jakaś wydawałaś, ale nie chciałam cię dołować! A ty to tak skutecznie ukrywałaś! - Coz śmiała się do niej i z niej:
-Widzisz? Delikatność nie popłaca! Jakbyś się ze mnie zaczęła nabijać, to broniąc się, musiałabym ci powiedzieć wcześniej! - Kat prychnęła:
-Moja droga, znając cię, przyzwyczaiłam się do niepytania. Nie muszę. I tak wszystko wygadasz. - Ann otworzyła kolejną butelkę. Wino smakowało jej wyjątkowo, zwłaszcza w połączeniu z taką ilością jedzenia. Uczniowskie imprezy zwykle charakteryzowały się zdecydowanie gorszym i mocniejszym alkoholem i brakiem produktów spożywczych innych, niż płyny. Coz, widząc na co się zanosi, ostrzegła ją:
-Jeśli myślisz, że przejadanie się przy piciu pomaga na żołądek, to się mylisz! Po prostu będziesz miała czym rzygać! - Dziewczyna machnęła ręką:
-Dam radę! - i zdumiała się tym, że aż tak trudno jej było to powiedzieć. - Kat roześmiała się:
-Będziemy cię reanimować metodą zwaną "zwisem klasycznym"! Nie takie rzeczy się oglądało! - Anka westchnęła. Ostatnie, czego teraz chciała, to babskie towarzystwo. Miała ochotę przytulić się do kogoś:
-A chłopcy gdzie są? - Coz odparła:
-U Pata. A czemu pytasz? Swędzi cię narząd? - Wybuch smiechu sprawił, że jeszcze bardziej czuła się przekonana do kontynuowania imprezy z kolegami. Te kobiety po kilku kieliszkach stały się, o dziwo!, jeszcze bardziej gadatliwe, chwilami wulgrane. Nawet ta, będąca uosobieniem kobiecośc, Mad. Nie była gotowa na takie rozmowy, bała się, że potem będzie czuła się zbrukana: "Jak ta Jo może wytrzymać z takimi znajomymi? Z taką matką? Nie jest zła na co dzień, ale na imprezie to porażka! Czy ona zwariowała? Jest w ciąży i pije!" - Nie zauważyła, że Coz zamiast wina ma w szklance swój ulubiony, wiśniowy sok. Nie przeszkadzał jej brzuch, ukrywany dotychczas w szerokich ubraniach. Dla niej był najważniejszy. Widziała wzrok Ani, wyraźnie niechętny. W młodej kobiecie wraz ze stężeniem alkoholu podnosił się poziom agresji. Sama nie była szczęśliwa i w chwilach, gdy upiciem wzmacniało jej się odczuwanie wszystkiego, czuła się tak nieszczęśliwa, że wydawało jej się to nie do zniesienia. Tam, u Patryka, na pewno jest normalniej...

Wypadła z domu, porywając po drodze kurtkę i plącząc się w sznurówkach glanów, ścigana przepraszającymi, aczkolwiek rozbawionymi głosami kobiet. Coz spojrzała na Mad i Kat:
-Co jej jest? - Kat prychnęła:
-Obraziła się na nasze niewinne, hehe, żarty? - Mad śmiała się, aż się krztusiła. Ogarnęła ją głupawka i powoli zarażała dwie pozostałe. Coz wreszcie wzruszyła ramionami:
-Nigdy nie sądziłam, że Ann jest taka delikatna w tej kwestii. Raczej, słuchając ich rozmów z Jo obawiałam się, żeby nie doprowadziła do zbyt szybkiego rozdziewiczenia mojej córki... własnymi rękami... - Mad spytała:
-Jest, tego... inna? - Coz odparła:
-Nie. Raczej "gotowa na różnego rodzaju przeżycia". Próbowała poderwać Daniela, ale chyba nie jest w jego typie. - Kat uniosła ręce do góry:
-Na Boga, to któż jest!? -
-Nie wiem. Nie pytałam go przecież o to. W Stanach przeżył jakiś ciężki zawód miłosny i głupio mi tak dotykać tej sprawy. - Kat dopytywała:
-A nie boisz się, że pewnego pięknego dnia wpadnie tu twój "złotowłosy anioł" i powie ci, że zostaniesz babcią? - Coz spojrzała w sufit:
-Przeżyję. Ma dziewiętnaście lat... - Kat przerwała jej:
-Będzie miał. -
-OK, będzie miał. Jest dojrzały. Potrzebuje kogoś, kim by się mógł opiekować. Zrozumiem. - Mad przewróciła oczami:
-Chciałabym cię zobaczyć, jak podchodzisz do tego tak spokojnie, kiedy z tym przyjdzie! - Coz nie dała się sprowokować i nie odpowiedziała, że ona już się przygotowała na bycie babcią... Jo chciała zachować swój stan w tajemnicy i musiała, jako matka, stanąc na wysokości zadania. Za jakiś czas sprawa wyjdzie na jaw i wszystkie trzy się będą śmiały ze wspomnień tej rozmowy, a zwłaszcza wyjątkowej dyskrecji Coz.

poniedziałek, 02 maja 2011
Alexander (fiction/dreams in digital)

Pielęgniarki mówiły, że to cud, że żyje. Trzymały mnie w jakiejś chorej nadzieim, bo z biegiem czasu zaczęłam udawać, że wierzę w pozytywny obrót sprawy.

 

Pozytywne zakończenie to chyba byłaby śmierć, chwilami myślałam, że moja. Alex leżał bez pamięci, z wypranym mózgiem, nie dawał znaku jakichkolwiek czynności umysłówych. Był wrakiem. Te kilka tygodni, kiedy jeszcze we mnie coś walczyło, to było maksimum moich możliwości. Ostatnie chwile wierzenia w to, że życie jest dobrem najwyższym.

 

Jego nie było przy mnie. Kiedyś myślałam, że istnieje dusza, ale przeszło mi to w momencie, kiedy pomyślałam sobie, że On, czyli Bóg robi sobie ze mnie okrutne żarty.

 

Czasem modliłam się do Niego znowu, ale bez przekonania, rzucając tylko pytanie: "Jest tam kto?", na które oczywiście nie słyszałam odpowiedzi. Tak samo nie odpowiadał mi Alex, wokół którego zaczęło się kręcić moje życie. Czytałam mu gazety i opowiadałam świat. Początkowo czułam się głupio, bo przecież nigdy nie obchodziło go to, co się dzieje w polityce i szołbiznesie, a już tym bardziej nie dbał o moje zdanie na te tematy.

 

Przesadzam. Oczywiście, zawsze przesadzałam. Taka moja "ogrodnicza" natura. Nawet on mi to mówił, jeśli już zdecydował się zwrócić mi uwagę. Nigdy jednak nie próbował wybijać mi z głowy moich opinii, nawet tych najbardziej absurdalnych. Przyjmował je do wiadomości i tyle. Uważałam, że jest dobrym kumplem, przyjacielem, czy nawet kochankiem, ale do wszystkiego, do pełni człowieczeństwa brakowało mu zaangażowania. Albo okazywania zaangażowania raczej. Pozwalał mi na wszystko, miałam go przy sobie wtedy, kiedy tylko chciałam.

 

Pamiętam wieczór, gdy wiedząc, że ma randkę, specjalnie do niego zadzwoniłam i zajęłam jakieś pół godziny płaczem. Nie usłyszałam od niego słowa wyrzutu. Tak, jakby mu zupełnie nie zależało na tamtej kobiecie. Zresztą, robił wszystko, żeby świat myślał, że mu na niczym nie zależy.

18:56, story-girl , Alexander
Link Dodaj komentarz »
Wilczyca - Koniec drugi

Roksa skończyła mówić. Lekarz patrzył na nią spokojnie, bez oznak jakiegokolwiek zdziwienia:

- I tak właśnie było?

Kobieta miała wzrok utkwiony w oknie. Jej chuda twarz była brzydka, a brązowe oczy zbyt duże, nos zadarty, usta szerokie "od ucha do ucha". Za to figurę miała modelki. Nie wyglądała na tą osobę, którą widział w dzień przyjęcia jej do szpitala, kiedy jednym ruchem, bez zastanowienia urwała uchojednemu sanitariuszowi, drugiemu odgryzając nos.

Wiedząc, że nie uzyska od niej odpowiedzi, wyłączył dyktafon, po czym rzekł:

- Teraz przyniesiemy Kajtka do karmienia. Byłaś ostatnio bardzo chętna do współpracy, zachowujesz się normalnie, może powoli zaczniemy rozważać zameldowanie go w twoim pokoju na stałe.

Uniosła w górę wargę, pokazując zęby. Nadal nie był pewien, czy to uśmiech, czy groxba, więc wolał się wycofać, a na swoje miejsce zaprosił pielęgniarkę z niemowlakiem.

18:35, story-girl , wilczyca
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 01 maja 2011
161, 1.03, piątek

Trudno było im się rozstać, gdy Lee wyjeżdżała do Irlandii po rodziców. Jo prawie popłakała się, kiedy ją objęła. Szepnęła:
- Będzie mi ciebie brakowało, Lee...

Starsza dziewczyna przytuliła twarz do jej włosów:
- Mi ciebie też, Ana... Ale pomyśl, co będzie, jeśli ja i Tony wrócimy tam na stałe?

Joasia westchnęła:
- A macie taki zamiar?

Lee rozejrzała się dookoła siebie i szepnęła:
- Powiem ci coś ważnego, ale to może boleć... Dobrze?

Jo bez słów zbliżyła swoje ucho do jej ust. Lee rzekła:
- Boję się twojej mamy. Nie tak normalnie, tylko... Ona jest kochana, ale... Widziałam, jak patrzy na Tony'ego. Ona tego nie chce, a jednocześnie ciągnie ich do siebie. Nie wiem, może on się w niej kiedyś podkochiwał, czy coś... Ana, proszę, upilnuj ich, wtedy nie będziemy musieli wyjeżdżać. Oni tak siebie pragną, ale tylko powierzchownie. Myślę, że Coz imponuje to, że on się nią interesuje, on też chce sobie jej spróbować. Nie chcę być zdradzona. Kocham go. Rozumiem, że musi zwracać na siebie uwagę kobiet, to znoszę, ale kiedy pomyślę, że mógłby którąś tak dotykać, jak mnie... - miała w oczach łzy. Jo objęła ją w pasie:
- Zrobię wszystko, żeby tak się nie stało. Zresztą, Lee... Mama nie jest aż tak narwana...

Lee pocałowała jej policzek:
- Mam nadzieję, że kiedyś będę miała córkę. Taką, jak ty, która będzie mnie tak kochać, jak ty Coz! I pomożesz mi wybrać imię dla niej! - Roześmiały się leciutko, próbując przysypać tym śmiechem niepokoje...

Mimo tego rozstania Jo cieszyła się na myśl o "babskim combrze", który czekał ja następnego dnia. Jon wyjechał znowu, Bartek z chęcią udał się na imprezkę do Patryka, a one zaprosiły Kat, Ankę i Victorię do siebie.

157, 26.02, poniedziałek

Próby u Tony'ego były miłym oderwaniem się od codzienności. Przeprowadzali je w jego garażu, choć mógł wynając jakąs salę, ale uważał, że tak jest bardziej klimatycznie. Coza śmiała się z niego, ale jej samej to bardziej odpowiadało, przypominało o tamtych czasach, kiedy jej garaż służył za miejsce prób i marzeń o karierze...  Polubiła Tony'ego za jego stosunek do tworzenia... No, dobra - "odtwarzania", a nie "tworzenia" muzyki. On i Lee mieli przed sobą przyszłość, powoli odkrywali własną tożsamość muzyczną, a ona bardzo chciała im w tym pomóc. Dziewczyna "wymiatała na basie", jak to określiła Jo, kiedy przyszła na próbę, (a Jo trochę się na tym znała, pomimo twardego oporu dotyczącego jej rozwoju w tym kierunku). Coza próbowała namówić córkę na to, by śpiewała z nimi, ale musiała się poddać. Jo nie marzyła o niczym innym, jak siedzenie i ocenianie tego, co robią, a była w tym sprawiedliwa jak najbardziej doświadczony krytyk.

- Jo, jak przez chwilę nie dasz mi spokoju, to cię ukatrupię! - krzyknął Tony. Od początku próby nie powiedziała o jego grze dobrego słowa. Lee i Coza chichotały w rękawy. Jo uśmiechała się do niego "pełnym garniturem". Lee objęła dziewczynę:
- A nie przyszło ci do głowy, że Jo ma rację?

Tony prychnał:
- Możliwe! Ale to granie ma być dla mnie czystą, niezakłóconą przyjemnością!

Coza cicho zaśmiała się:
- I to mówi facet, który za trzy tygodnie wypuszcza na rynek swoją pierwszą płytkę, którą katował wszystkie wytwórnie w kraju, twierdząc, że "to się musi sprzedać"! Bądź człowiek, nie morduj mi córki. Jedną ją mam!

Mężczyzna machnął ręką:
- OK, gramy dalej. Ale ona niech sie ogranicza!

Lee przytuliła się do niego. Pocałował czubek jej głowy. Wiedział, że wszystkie trzy stoją po jego stronie, ale czasem miał dość tej ich "solidaryzacji jajników", objawiającej się totalnym dyskryminowaniem go. Coza zaczęła śpiewać, myśląc: "Boże, jak bardzo głos się zmienia z wiekiem! Brzmię jak z głębi studni! Powinnam była spróbować zabawy z mikrofonem, zanim się zgodziłam, bo sama siebie się boję!" Tony grał na gitarze, zerkając na nią ukradkiem. Pamiętał ją sprzed lat, z telewizji, radia, "młodziutką", choć wtedy już trzydziestoletnią, ale wszędzie traktowaną jak nastolatkę. Teraz jakby rozkwitła, wydoroślała, nie była już dziewczęca, ale nadal... interesująca. I nie do końca była obojętna, jak się okazało. Zdarzyło jej się nawet zarumienić, kiedy ich dłonie zetknęły się na mikrofonie.

Lee obserwowała go uważnie. Przyzwyczaiła się już do tego, jakie wrażenie na kobietach robi jej narzeczony i zdawała sobie sprawę z tego, że "zakazany owoc smakuje najlepiej", jak w tej chwili śpiewała Coza. Miała pewne podejrzenia, ale wolała nie wnikać, bo przecież następna linijka tej piosenki brzmiała: "zanim jeszcze poczujesz jego smak, dlatego nie spróbuję ciebie, nie dotknę nawet jeden raz..." Wiele razy widziała Tony'ego flirtującego, a dopiero tym razem wydawało jej się to takie inne. Może dlatego, że Tony nie komplementował Cozy (a jedynie od czasu do czasu, kiedy akurat mu nie dokuczała, bo bywały i takie momenty - Jo), a jednak coś między nimi było, w tych spojrzeniach prawie widziała, jak się dotykali, niby przypadkiem, a za każdym razem jakby z poczuciem winy.

To wszystko kryło się w podtekstach. Coza nigdy w życiu nie robiła czegoś takiego, nie na taką skalę. Nigdy tak długo. Nie wiedziała, jak się w tym poruszać. Właściwie Tony nie powiedział nic, co mogłoby sugerować, że ma na nią ochotę, ale te przypadkowe zetknięcia ich rąk powodowały, że jego oczy stawały się oczami nastolatka, który nie wie, co zrobić z własnym ciałem. Wyrażały jakąś nadzieję i niepewność: "Choć, oczywiście - możliwe, że wszystko sobie, droga Cozo wyobrażasz i nadal tkwisz w złudzeniu, że ta kartka z telefonem to nie było tylko zaproszenie do współpracy." Chwilami zapominała o tym, jak boli rozczarowanie, chciała po prostu po raz kolejny się unieść, nawet jeśli upadek mógł jej potrzaskać kolejny raz życie. No i była jeszcze Lee - najsłodsza dziewczyna, jaką zdarzyło jej się poznać. Rozsądna i wrażliwa. Za nic nie chciałaby jej zranić.

Jo była prawie zakochana w Lee, choć była między nimi różnica niemalże dziesięciu lat, coś je łączyło. Kiedy poznała ją lepiej, już jej nie zależało, żeby mama sobie zaszalała z Tony'm. Lubiły razem siedzieć, nawet nie musiały rozmawiać, często łapały się na tym, że kiedy jedna, po chwili milczenia, wypowiadała pierwsze zdanie, dotyczyło ono tego, o czym akurat druga myślała. Dla nastolatki to było nowe - zwykle jej koleżanki nudziły ją (i nudziły się z nią, o czym dobrze wiedziała, choć nie przyznawały się do tego), raczej szukała starszego towarzystwa (które z kolei zwykle próbowało się zniżyć do poziomu, jakie uważało za odpowiedni dla niej). Lee była ideałem, tym złotym środkiem.

151, 20.02, wtorek

Rano wstały w wyśmienitych humorach. Pijąc kakao - Coza nigdy nie przekonala się do kawy, trzymały się za ręce. Jon udawał, że tego nie widzi. Usiadł z nimi nadkubkiem herbaty. Zastanawiał się przez całą noc, na ile to prowokacja. Coza nigdy nie wykazywała skłonności homoseksualnych, choć oczywiście wszystko mogło jej się pozmieniać w tym szczególnym okresie. I nigdy nie okłamywała go tak prosto w oczy. Nikogo nie oklamywała, chyba, że w obronie swojego prywatnego życia, którego on w tej chwili czuł się przecież częścią.

Mad wstala i wyszła ubrać się do pracy. Jon postanowił odezwać się w końcu:
- Mam sobie wyjechać?

Coza westchnęła ciężko:
- Jon, o co ci chodzi?
- O to, co wczoraj robiłyście. Nie wiem, co mam myśleć. Obydwie opcje są dla mnie mało możliwe.

Podniosla głowę. Wyraz jego brązowych oczu był jakiś... "Czyżby pod wpływem szoku doznał nawrotu życia i stoicyzmu? Może jest dla nas nadzieja na jakieś dobre dni?"
- Jakie to opcje?

Jon ujał jej dłoń, dłoń, którą przed chwilą ściskała Mad. Nie, kobiece pieszczoty to nie coś dla niej: "Owszem, są przyjemne i miło, gdy ktoś cię dotyka, nie miażdżąc twoich kości, ale prawdziwie seksualny może być tylko i wyłącznie silny dotyk dłoni faceta.", myślała Coz, patrząc na ich ręce, splecione na blacie.
- Jedna, że rzeczywiście was coś łączy. Ale twoje oczy mówią tak naprawdę coś innego. Druga to to, że chciałaś się na mnie odegrać. W to też nie wierzę, bo to do ciebie niepodobne. Cokolwiek byś nie mówiła, nie potrafisz być perfidna. Ani się mścić, nawet jeśli mialabyś za co.

Uśmiechnęła się do niego:
- A trzeciej opcji nie ma?

Mężczyzna gładził jej palce. W tej chwili wolał nic nie mówić. Jej twarz łagodniała z każdą chwilą. Na moment spuścił wzrok, bo patrzyła na niego tak uparcie, jakby chciała zajrzeć w jego głowę, że bał się, że wyczyta z jego oczu całe pożądanie, co pewnie znowu by ją zirytowało i zamknęło. Spytał cicho, kiedy się opanował, podnosząc wzrok:
- Jakiej?

Szepnęła tak cicho, że ledwie to słyszał:
- Że chciałam po prostu sprawdzić, jak to jest? A ty swoim wejściem i złością spowodowałeś moją agresję? Nie byłbyś dobrym rodzicem, Jon...

Ścisnął mocniej jej dłoń:
- A kiedykolwiek widziałaś mnie w roli ojca swoich dzieci?

Pokręciła głową:
- Nie Jon. I to nie chodzi tylko o to, że ty... Wiesz... Nie pytaj o to więcej.

Wstał i wyszedł bez słowa. Właściwie nie był zaskoczony jej odpowiedzią.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8